Jetboil to marka, która odcisnęła widoczne piętno na rynku kuchenek turystycznych. Nic dziwnego, producent od 2001 roku prezentuje swoją wizję palników… wróć – systemów gotowania (ang. cooking system), których cechą charakterystyczną jest mocno zabudowany element grzewczy oraz neoprenowy rękaw szczelnie otulający naczynie. Pewnie najczęściej kojarzony z nazwą Jetboil jest Flash, czyli zestaw służący do błyskawicznego gotowania wody. Cechuje się wąskim naczyniem, co sprawia, że nie jest to idealne rozwiązanie do gotowania czegoś innego niż błyskawicznego i stosunkowo “taniego” (czyt. wydajnego) gotowania wody. Od 2014 roku w ofercie producenta dostępny jest również zestaw MiniMo, mający być kompromisem pomiędzy wydajnością, oszczędnością, a funkcjonalnością. Czy zdaje egzamin? Produkty Jetboila kojarzyły mi się raczej z backpackingiem albo kulącymi się w śnieżnych jamach alpinistami, którzy próbują roztopić garść śniegu na kartuszu 100 g. Jednak wrodzone gadżeciarstwo sprawiło, że postanowiłem sprawdzić czy ten set przyda się również zwykłemu niedzielnemu komandosowi.

 

Budowa

 

MiniMo występuje w wersji pojemnościowej 1 litr, co efektywnie pozwala bezpiecznie gotować ~0.7 l wody bez obawy o wykipienie/rozlanie wrzącej cieczy, i kilku wersjach kolorystycznych. Jeśli taka wielkość jest overkillem, to producent ma w ofercie jeszcze MicroMo, który ma pojemność 0.8 l. Mój prywatny egzemplarz ozdobiony został różowiutkim neoprenem w kratę (no co.. pasuje mi do koszuli!).

Zestaw składa się z kilku części:

  • palnik
  • kubek – naczynie z radiatorem
  • pokrywka
  • osłonka na radiator/naczynie
  • plastikowy stojak na kartusz

Waga całości (bez kartusza) i z miękkim woreczkiem na palnik wynosi: ~458 g.

Spakowany zestaw prezentuje się tak:

A wewnątrz jest miejsce na kartusz 100 g:

W odróżnieniu od tego zestawu, mój stary i sprawdzony w boju set MSR Pocket Rocket oraz tytanowy kubasek:

Którego waga nie przekracza ~180 g (kuchenka 88 g kubek 92 g).

 

Testy terenowe

Jetboil zagościł w moim ekwipunku prawie pół roku temu. W międzyczasie przewinęło się kilka pór roku i różnorakich sytuacji, w których mogłem przetestować go w różnych warunkach atmosferycznych oraz wysokościach. Przez ten czas przepaliłem około 1 kg gazu, najczęściej w postaci 100 g i 250 g kartuszy.

Pierwszą rzeczą rzucającą się w oczy w czasie użytkowania, to plastik, z którego zostało wykonane to naczynie (osłona radiatora), gdyż jest zaskakująco wytrzymałe. Często zdarzało mi się upychać szpej do 45-litrowego Wisporta i pomimo troski o Jetboila, zdarzało mu się wypaść/zostać przyciśniętym. Nic nie pękło, nic się nie wykrusza. Jednak gdyby zdarzyło się zniszczyć/zgubić, to producent umożliwia dokupienie osłony pod nazwą “skirt cover”, tak samo jak i pokrywki/kubka/palnika. Plus dla producenta, że zadbał o taką możliwość. Ale nie oszukujmy się, przy tej cenie brak części zapasowych/serwisowych byłby niepoważny.

Pierwszy wypad, na który zabrałem MiniMo to był spontaniczny “spacer” na 50 km wiosną. Wybór palnika może być dyskusyjny, ponieważ taki dystans ze spokojem można zrobić “na lekko” i nie próbować nawet gotować, jednak chciałem przetestować możliwość podgrzania na jeden raz litrowej zupy. Nadmiarowe 300 g w plecaku wielokrotnie pozwoliło zagotować wodę na herbatę nie martwiąc się specjalnie o osłonięcie Jetboila od wiatru. W przypadku porywów wiatru polecam jednak zadbać o stabilność zestawu, bo co prawda, palnik może nie zgaśnie, ale utrata pionu może skończyć się opaleniem plastikowych elementów. Składany tri-pod z zestawu dobrze się do tego nadaje. Pod warunkiem, że używamy go z kartuszem “setką”, bo na te większe (i bardziej ekonomiczne) wchodzi trudniej – nie mówiąc już o ściąganiu. Niemniej da się to zrobić nie uszkadzając tego elementu. Kuchenka nie jest w 100% odporna na wiatr, dlatego lepiej ją osłonić w celu zmniejszenia zużycia gazu i skrócenia czasu gotowania. Oczywiście, tragedii nie ma i wbudowana osłona palnika wypada tutaj znacznie lepiej od otwartych konstrukcji jak MSR Pocket Rocket. Duża powierzchnia dna garnka oraz odpowiednia ilość miejsca umożliwia wygodne mieszanie także gęstszych potraw bez ich przypalania, co było trudne w Jetboilu Flash.

 

W stosunku do poprzednich modeli producent zmodyfikował lekko zawór gazu w palniku.

Taka konstrukcja powoduje sprawniejszy przepływ gazu w trudnych warunkach oraz równy płomień nawet na końcu kartusza. Niestety, nie miałem okazji sprawdzić działania w ujemnych temperaturach, ale w odróżnieniu od innych Jetboili po pierwsze, sterowanie przepływem gazu jest dużo dokładniejsze. Nie występuje takie zjawisko jak we Flashu, czyli albo przepustnica na 100% albo na 0%. Po drugie, faktycznie, spalanie jest równe pomimo różnych temperatur i zmieniającej się zawartości kartusza. Przy najniższej obecnie “dostępnej” temperaturze ~3℃ i w połowie zużytym letnim kartuszu 100 g bez problemu można zagotować wodę w kilka minut.

Przeprowadziłem jeszcze testy laboratoryjne – wypełniony w 30% kartusz umieszczony przez całą noc w lodówce odpalił bez problemu, a zagotowanie dokładnie 0.5 l wody zajęło nieco więcej niż 2 minuty 20 sekund. Odpalił za pierwszym razem.

Z przeprowadzonych w warunkach laboratoryjnych (no dobra, kuchennych) wyszło, że 0.5 l wody jestem w stanie zagotować w ciągu 2 min i 20 sekund, a Pocket Rocket robi to w około 2 min 40 sekund. Producent podaje, że zagotowanie pełnego naczynia (czyli około 1 l) zajmie 4 min i kilka sekund. Wynik wydaje się prawdopodobny, natomiast sugeruję zmniejszyć objętość cieczy, aby nie zostać niemile zaskoczonym przez pryskający otworami pokrywki wrzątek.

Pokrywka wykona

na z miękkiego tworzywa odpornego na temperaturę to bardzo fajne rozwiązanie na picie kawy rześkim porankiem. Jeżeli Szanowny Czytelnik używał do picia Nalgenki, to może spotkał się z sytuacją, że szeroki wlew bywa nie najwygodniejszym elementem, jeśli musimy płynnie wlać gorącą kawę z naczynia do ust. Przy okazji pewien dystans pomiędzy gorącym kubkiem a naszym ciałem utrudnia poparzenie się o gorący rant naczynia. Dodatkowe otwory zapobiegają powstawaniu podciśnienia podczas wylewania zawartości – ot standardowe nakrycie kubka ze Starbucksa, tylko lepsze. Przy okazji środkowy otwór umożliwia zainstalowanie prasy francuskiej, którą producent ma również w ofercie. Luksus może trochę nad wyraz, ale możliwość jest. Od spodu pokrywki znajduje się miejsce na rozkładany trójnóg, o którym wspominałem już wyżej.

Sam palnik składa się z kilku elementów. Dysza wygląda standardowo jak w innych Jetboilach. Lekko wklęsła z równomiernie rozłożonymi otworami. Bliżej centrum znajduje się izolowany przewód od mechanizmu piezoelektrycznego. To powoduje, że do odpalenia MiniMo nie potrzebujemy dodatkowej zapalniczki czy krzesiwa (ta ostatnia opcja może być lekko niebezpieczna dla sprzętu, mając na uwadze lecące skrawki metalu oraz precyzyjne otwory palnika). Osobiście nie darzę zaufaniem takich wynalazków, dlatego w torbie zawsze mam ze sobą komplet zapałek i BIC-a. Przez cały okres użytkowania nie były potrzebne przy obsłudze Jetboila – pewnie będą niezbędne gdy ich zapomnę. No cóż, prawo Murphy’ego. Jak na razie maszynka odpala od pierwszego “kliku”. W razie problemów sugeruję przypatrzyć się uważnie temu drucikowi. Być może wystarczy go delikatnie dogiąć tak, aby zgromadzony efektem piezo ładunek był w stanie przeskoczyć na dyszę, wywołując zapłon. Palnik otoczony jest kołnierzem ze stali nierdzewnej, wspartym na plastikowym szkielecie. Tworzywo ułatwia dokręcenie palnika do kartusza, natomiast sam kołnierz służy nie tylko jako minimalna ochrona przed wiatrem, ale przede wszystkim mocuje naczynie do maszynki. Po skręceniu cały Jetboil stanowi jeden element, który można przenosić albo za kartusz albo za uchwyty kubka/kubek. Nie raz zdarzało mi się gotować coś trzymając to ustrojstwo w rękach, ale obawiam się i ODRADZAM, ponieważ może to naruszać względy bezpieczeństwa. Z ogniem nie ma żartów. Ciężko gasi się syntetyczny śpiwór zwłaszcza będąc w nim (jeśli zabrzmiało to tak jakbym nabył wiedzę praktyczną: dementuję, a przynajmniej tak będę twierdził 🙂 )

Naczynie – “kubek” wykonane zostało z aluminium anodyzowanego. Początkowo byłem stosunkowo nieufny wobec tej powierzchni, ponieważ z różnych raportów medycznych wynika, że lepiej odpuścić sobie jedzenie aluminium i starać się nie dopuszczać do kontaktu z żywnością. Dlatego też używałem tylko plastikowych sporków podczas posilania. Pomimo wielu cykli rozgrzewania, przerzucenia się na tytanowe sztućce, nie zauważyłem żadnych uszczerbków na anodyzacji, a jedzenie jak nie miało smaku aluminium, tak nie ma go nadal. Najważniejszym elementem naczynia jest radiator, który odróżnia go od tytanowego kubka znajdującego się na fotce z początku niniejszego tekstu. Jego zadaniem jest oczywiście lepszy i równy transfer ciepła do naczynia z podgrzewaną zawartością. Producent podaje, że powoduje również bardziej ekonomiczne wykorzystanie paliwa (zmniejszając straty rzecz jasna) o prawie 50% więcej. Nie jestem w stanie przeprowadzić bardzo wiarygodnych testów, jednak na podstawie wydajności (100 g starcza na prawie 12 l wody) jestem w stanie uwierzyć, że energia jest transferowana w bardziej oszczędny sposób.

Sam kołnierz palnika trzyma się w specjalnych prowadnicach kubka. Połączenie jest pewne, gdy obydwa elementy mają temperaturę pokojową. Po podgrzaniu kubka np. podczas gotowania wody, aluminium, którego rozszerzalność cieplna jest większa od stali, rozpiera delikatnie pierścień palnika i uniemożliwia rozłączenie zestawu w sposób bezpieczny. Dla mnie jest to dość upierdliwe. Z jednej strony mamy zapewnione trwałe połączenie i trudno sądzić, aby coś się samo rozkręciło przez przypadek. Z drugiej próba rozkręcenia zestawu zaraz po zagotowaniu wody może się skończyć poparzeniem i wylaniem części zawartości. Dlatego jeśli spieszy mi się z rozlaniem wrzątku, to wylewam go trzymając za uchwyty kubka cały zestaw. Takie rozwiązanie jest dość wygodne, pod warunkiem, że do palnika nie jest dokręcony kartusz 250 g albo i większy :). Wtedy bez dodatkowego podparcia zbiornika z gazem czuję lekki dyskomfort.

O samym uchwycie również warto wspomnieć. To chyba moja ulubiona zaleta zestawu. Producent wymienił dostępny we Flashu pasek, na rozkładane dwuczęściowe uszka powleczone gumopodobnym tworzywem. W połączeniu z miękką otuliną kubka chwyt jest pewny, nawet przy całkowitym wypełnieniu. W przypadku operacji takich jak mieszanie czy przelewanie, wolę korzystać z uszek. Natomiast do picia chwyt za sam neopren jest bardzo przyjemny, bo naczynie nie parzy a delikatnie rozgrzewa ręce.

Radiator znajdujący się na spodzie wykonany został z tego samego materiału co reszta kubka. Dodatkowo żebrowanie osłonięte jest przez aluminiową obudowę. Konstrukcja trzyma się pewnie, jest sztywna. W wyniku normalnego użytkowania nie udało mi się jej zniszczyć. Cykle rozgrzewania i chłodzenia również nie mają jakiegoś niebezpiecznego wpływu na konstrukcję. Kiedyś Jetboil oferował tytanowe kubki zamiast aluminiowych. Widziałem kilka relacji, w których radiator pod wpływem zmian temperatury, rozpadał się w rękach i kruszył. Na podstawie swoich doświadczeń a także znajomych, którzy używają aluminiowych Jetboili od lat, nie sądzę, aby to był problem dotyczący MiniMo.

 

Na koniec cały zestaw z kartuszem 100 g mieści się wewnątrz kubka, sprawiając, że MiniMo jest całkiem kompaktowym i wygodnym w przemieszczaniu zestawem. Może jestem nieco niepełnosprytny albo mój inżynierski umysł nie do końca zrozumiał zamysł producenta, jednak nie udaje mi się spakować kartusza w taki sposób, aby pokrywka delikatnie nie zjeżdżała z naczynia. Raz zdarzyło mi się, że Jetboil się otworzył i po otwarciu plecaka musiałem szukać kartusza w komorze. Gdyby usunąć welurowy woreczek wszystko pasuje idealnie. Szkoda tylko narażać anodyzację na kontakt z ostrymi krawędziami palnika.

 

Reasumując, w cenie 629 zł [link](https://www.trekkersport.com.pl/kuchenka-turystyczna-minimo-sunset.html) otrzymujemy kompletny zestaw do gotowania nie tylko wody, ale także całych posiłków, które można powoli dusić na małym ogniu. Wniesione poprawki i usprawnienia względem poprzednich modeli takich jak Jetboil Flash powodują, że MiniMo stał się uniwersalnym i wydajnym kompletem o szerokim spektrum zastosowań. Osobiście jestem zadowolony, Jetboil okazał się bardzo szybkim i wygodnym sposobem na gotowanie w terenie. Nie jest to oczywiście najlżejsza wersja. Pakując się “na lekko” wciąż będę wracał do MSR Pocket Rocket Mini oraz tytanowego kubka, jednak w pozostałych typach wypadów zrobię miejsce w plecaku na Jetboila. Pomimo wad wymienionych wyżej oraz wysokiej ceny uważam, że warto rozważyć ten model kuchenki. Dla kogo? Na pewno dla niedzielnych komandosów takich jak ja 🙂 a przy okazji to całkiem ciekawa opcja dla backpackersów i innych ludzi szukających niezbyt ciężkiej opcji na kompletny zestaw, w którym nie tylko zagotują wodę do liofili, ale także przyrządzą cały obiad. Z konkurencyjnych rozwiązań dostępnych na rynku jest Primus Lite Plus oraz MSR Windburner. Ten ostatni oprócz identycznych pojemności co Jetboil, oferuje znacznie większą odporność na wiatr.

 

foxtrot_charlie

Oceń ten artykuł

There are currently no comments.