Komu to potrzebne?

Odzież membranowa. Trilaminaty, różnorakie konstrukcje wyściółki, precyzyjnie dobrane do potrzeb materiały zewnętrzne… A jednak w praktyce oczekiwania, rozdmuchane przez działy marketingu i miliony dolarów wpompowane w reklamę, często nie chcą pokrywać się z rzeczywistością.

Zimno, wieje, dobre warunki do testów.

Przez lata w szafie miałem najróżniejsze kurtki. Od topowych, mocnych, górskich modeli na GORE-TEX’ie Pro, przez różne wersje GORE-TEX’u Paclite (i analogiczne twory), po minimalistyczny, supercienki Pertex Shield 3L zlaminowany z komicznie lekkim nylonem o gramaturze 7d (!). Był też OutDry ExtremeGORE-TEX Active Shakedry, dwie koncepcje pozbawione materiały zewnętrznego.

Efekt?

Nauczony doświadczeniem odzież membranową zwykłem traktować jako zło konieczne. Cenne narzędzie, w określonych warunkach jedyne rozsądne rozwiązanie, ale dalekie od idealnego. Znając ograniczenia i niedoskonałości cały system odzieży (pozostałe warstwy) i sposób poruszania (przemoczenie, wychłodzenie z niekomfortowego może szybko przejść w niebezpieczne) adaptujemy do ograniczeń narzuconych przez niedoskonałości technologiczne.

A gdyby tak odwrócić to równanie?

Stworzyć materiał, który nie wymaga ciągłego żonglowania warstwami?

Mamy już rok 2020, latających aut nie ma, ale czas na coś nowego, coś wygodniejszego.

Coś z przyszłości.

I wtedy wchodzę ja, cały na… pomarańczowo!

30 minut podejścia ze średnim tętnem 150 to dobry sprawdzian oddychalności.

Począwszy od sezonu jesień/zima 2019 The North Face oferuje nowy rodzaj membrany – FUTURELIGHT. Sam wybrałem lżejszy z dwóch modeli, Summit L5 LT Jacket, nastawiony na maksymalną paroprzepuszczalność i niską masę. Od pierwszego kontaktu czuć, że mamy do czynienia z czymś innym.

Przede wszystkim miękkość materiału, bo to możemy ocenić jako pierwsze, jeszcze przed założeniem kurtki. Membrana wykonana w nowej, odmiennej niż stosowane powszechnie na rynku, technologii nanospinnigu zlaminowana została z poliestrem zamiast poliamidu. W efekcie materiał jest bardzo przyjemny w dotyku, zupełnie odmiennie od sztywności do jakiej zostaliśmy przyzwyczajeni w górskich hardshellach.

Od razu po założeniu czuć też elastyczność materiału. Choć w składzie brak domieszek elastanu mechaniczny strecz wystarczy. Obszerny, typowo alpinistyczny krój (szerzej w barkach, długi rękaw) sparowany z miękkim i ciągliwym materiałem sprawiają, że całość nosi się jak dobrą, miękką, kurtkę softshellową. A jednak w zanadrzu mamy klejone szwy i pełną wodoszczelność. Czyżby 2 w 1?

Nanospinning – technologia pozwalająca na stworzenie odzieży przyszłości.

Paroprzepuszczalność, czyli innymi słowy oddychalność. Słowo-klucz, pojęcie-wytrych. FUTURELIGHT nie jest w 100% wiatroszczelny, i częściowo z tego wynika jego największa przewaga nad konkurencją. Ruch powietrza umożliwia transport wilgoci, co w ogromnym stopniu zwiększa odczuwalny komfort. W kurtce nie znajdziemy wywietrzników pod pachami, po prostu całą powierzchnią membrana wyrzuca nadmiar ciepła i wilgoci tak sprawnie, że nie są wymagane. W efekcie mamy na sobie kurtkę, którą komfortowo nosimy przez cały dzień.

FUTURELIGHT pół roku przed wejściem na rynek.

Najlepszym sprawdzianem oddychalności było dwusobowe wyjście w góry, ja w The North Face L5 LT, Łukasz w kurtce Arcteryx Alpha FL na membranie GORE-TEX Pro. Po prostu, na przestrzeni całego dnia, Łukasz co jakiś czas, zależnie od warunków, zatrzymywał się i zdejmował, lub zakładał, kurtkę. Mi w tych samych warunkach wystarczyło rozpięcie zamka lub zdjęcie kaptura. 1:0 Gore, I’m sorry.

Jedynym produktem, śmiało konkurującym w kategorii „nie czuję, że mam ją na sobie” jest membrana GORE-TEX Active Shakedry (na rynku od 3 lat). Niestety jest to twór zarezerwowany do biegów/kolarstwa. Sama membrana jest tak cienka i delikatna, że producent otwarcie odradza użytkowanie jej z plecakiem. Do niedawna zdawało się, że takiego komfortu i zwiększonej wytrzymałości jeszcze długo nie uda się połączyć, a rozwiązanie, FUTURELIGHT, było tuż za rogiem.

W dobrych warunkach Gore idzie do plecaka. Futurelight można nosić cały dzień, non stop.

Ochrona przed wiatrem – idealne miejsce na testy czyli Karkonosze, najbardziej wietrzne miejsce w Polsce. Przy -10 stopniach na termometrze i mocnym wietrze na grani w pełni komfortowo czułem się ubrany tylko w grubą, zimową bieliznę (Helly Hansen Lifa Merino), i kurtkę L5. Po zachodzie słońca jako midlayer dorzuciłem cienki polar z kapturem. Pomimo niepełnej wiatroszczelności kurtka doskonale sprawdza się jako warstwa zewnętrzna nawet w bardzo wietrznych warunkach.

Wodoszczelność – ciśnienie wyrażane w metrach słupa wody, czy też ilość wanien jakie możemy wylać sobie na głowę zostawmy ulotkom, tam ich miejsce. Praktyka: poza targaniem plecaka i napieraniem po szlaku spędziłem wiele godzin na deszczu nosząc pod spodem cienki sweter puchowy. Gdyby cokolwiek puściło byłoby to proste do zauważenia. Nic nie przecieka, nie przesiąka. Oczywiście impregnacja po jakimś czasie puszcza i materiał zewnętrzny szybciej łapie wilgoć, tej potyczki z fizyką nadal nie potrafimy wygrać.

Czyli co?

FUTURELIGHT jest aktualnie najlepszym sposobem na uniknięcie dylematu softshell vs. hardshell, łącząc komfort noszenia i oddychalność pierwszego, z wodoszczelnością drugiego. Na rynku jest od niedawna, czas pokaże jak zachowa się z upływem miesięcy, po wielu cyklach prania, oraz czy w cieplejszych warunkach będzie działał równie sprawnie.

Śmiało stwierdzam, że jest to najwygodniejsza kurtka membranowa jaką nosiłem, a trochę ich było.

Od nadchodzącego sezonu wiosna/lato 2020 membrana FUTURELIGHT stopniowo będzie pojawiać się w większej ilości modeli w ofercie The North Face, nie tylko w kolekcji Summit Series.

Nie ma lekko 🙂

There are currently no comments.